

- Dziękuję bardzo serdecznie wszystkim obecnym, a także całej ekipie – mówił w czwartkowy wieczór 20 kwietnia w sali zabrzańskiego Multikina wyraźnie wzruszony Jan Banaś. Niecodzienna była to dla niego sytuacja. Przez całą karierę to on dostarczał wzruszeń. To jemu ludzie składal
- Manchester to welki zespol. Nejlepszi je tam Bobby Charlton. Jeszcze lepszi je Law. Ale nejlepszi to je George Best. To je ancykryst. Tak Best je najlepszi. Na niego przede wszystkim pozior! - mówił przed ćwierćfinałowym spotkaniem PEMK z Manchesterem United, łamanym polsko-słowackim językiem, węgierski trener Górnika Zabrze Geza Kalocsay. Jego zawodnicy stawili zacięty opór faworyzowanym przeciwnikom. W Anglii przegrali 0:2, u siebie pokonali Czerwone Diabły zaś 1:0. Zabrakło im może tylko krzty szaleństwa, które w zespole kierowanym przez sir Matta Busby'ego wprowadzał George Best.
Radą na ten problem okazał się... „polski Best”. Tak właśnie nazywano Jana Banasia. – Best to był mój ulubiony piłkarz. Na nim wzorowałem zarówno swój styl gry i ubierania się. Nawet fryzurę nosiłem taką jak on. – przyznaje sam bohater. W szatni wielkiego Górnika Zabrze z Włodzimierzem Lubańskim, Zygfrydem Szołtysikiem, Stanisławem Oślizłą pojawił się kilka miesięcy po rywalizacji zespołu Kalocsaya z Manchesterem United. Z elegancką torbą, w której tkwiły wypastowane na czarno buty. I potężnym bagażem doświadczeń, niesionych pomimo młodego wieku...
HEINZ, SYN PAULA
- Mnie wystarczy jeden jakiś indywidualny rys. - stwierdził kiedyś w wywiadzie sławny polski scenarzysta, Andrzej Barański, opisując proces konstrukcji bohatera filmowego. W przypadku Banasia kilka "indywidualnych rysów" zapewnia już sama, niecodzienna, metryka. Ojciec - niemiecki oficer Paul Helmig, matka - polska ślązaczka Edyta Banaś. Data urodzenia - 1943 rok, miejsce urodzenia - Berlin. Imię: Heinz-Dieter - Historia jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo mama poznała go we Lwowie, gdzie dostała nakaz pracy jako tłumaczka niemieckich żołnierzy. Kiedy zaszła w ciążę ruszyła za nim aż do Berlina. Tam przyszedłem na świat. Ojciec wrócił na front i słuch o nim zaginął... - prostuje nieścisłości swej biografii sam Jan Banaś.
Kolejne porywy dziejowego wiatru pozmieniały sporo w tych danych. Już pół roku po narodzinach uczyniły z tego berlińczyka, mieszkańca Katowic. - Gdy ojciec wyjechał, mama zdecydowała się wrócić w rodzinne strony - opowiada Banaś. Pozostałością po kraju, gdzie przyszedł na świat pozostało imię. Jako Heinz zapisany został już do polskiej szkoły. Tak też figurował w spisach swoich pierwszych klubów piłkarskich - najpierw AKS Mikołów, a potem w Zrywie Chorzów, gdzie Józef Murgot zorganizował najlepszą drużynę juniorską w kraju. - Ja występowałem w jednym roczniku między innymi z Zygfrydem Szołtysikiem, Zygmuntem Anczokiem, czy Antkiem Piechniczkiem. - wspomina Banaś. Razem zdobyli mistrzostwo Polski juniorów w 1960 i 1961 roku. Za drugim razem w finale pokonali Zagłębie Wałbrzych... 10:1! To był pierwszy z wielkich meczów, jakie na Stadionie Śląskim rozegrał Jan Banaś. - Kibice mówili o mnie „taki mały, a robi ich jak chce” - mówi bohater.
Parę lat temu większość tej ekipy była obecna podczas jubileuszowego spotkania w 50. rocznicę drugiego tytułu. Piechniczek i Anczok pojawili się też na premierze filmu "Gwiazdy".- Mało która drużyna doczekała się w jednej grupie wiekowej tylu medalistów najważniejszych imprez - twierdzi Banaś - Piechniczek jako selekcjoner zdobył trzecie miejsce na MŚ, "Mały" Szołtysik i "Zyga" Anczok byli mistrzami olimpijskimi. A ja... - mówi, otwierając rozjątrzoną ranę Banaś.
ZAKAZ
Był czerwiec 1972 roku. Na boisku Wisły Kraków Górnik Zabrze efektownym zwycięstwem 5:1 pieczętował mistrzowski tytuł. Po meczu do świetlicy klubowej weszli prezes PZPN Stanisław Nowosielski, selekcjoner Kazimierz Górski oraz przedstawiciele obydwu drużyn. Górski wręczył nominacje olimpijskie pięciu piłkarzom Górnika – Szołtysikowi, Anczokowi, Jerzemu Gorgoniowi, Hubertowi Kostce, Włodzimierzowi Lubańskiemu oraz dwóm zawodnikom Wisły - Kazimierzowi Kmiecikowi i Antoniemu Szymanowskiemu.
Na tej liście brakowało Banasia. Nie mogło go tam być. Choć już drugi sezon z rzędu był jedną z największych gwiazd mistrzowskiego Górnika. Na koncie miał dziewięć zdobytych bramek, w tym cztery w miesiącu poprzedzającym nominację. Brał też udział w zwycięskich eliminacjach na Igrzyska Olimpijskie, strzelając dwa gole Bułgarom. - Banaś znów potwierdził, że odzyskał wysoką formę i że należy się poważnie liczyć z jego kandydaturą przy ustalaniu składu reprezentacji - pisała o nim prasa.
Żaden z tych argumentów nie mógł jednak przekonać selekcjonera. Banaś zakaz na występy podczas igrzysk wydał na siebie wiele lat wcześniej, kiedy ledwie kończył wiek młodzieżowca...
PRZEKLĘTY LIST
Jego nazwisko już w połowie lat 60-tych zaczęło robić się znane w Europie. Cała drużyna Zrywu Chorzów została rozparcelowana między największe śląskie kluby. Niski, ale znakomity technicznie, ze zmysłem do gry kombinacyjnej i obdarzony świetnym strzałem Banaś zwrócił uwagę działaczy mistrzowskiej Polonii Bytom. Szybko wkomponował się w zespół. Już jego debiut w Ekstraklasie, 9 września 1962 roku przykuł uwagę kibiców. - Dawno nie byliśmy świadkami tak udanego debiutu. Z dużą przyjemnością i prawdziwą satysfakcją patrzyliśmy wczoraj na grę młodziutkiego Banasia, który pięknie wprowadził się do zespołu Polonii Bytom. Jest to młodzieniec bardzo piłkarsko utalentowany, o znacznym już zaawansowaniu technicznym, poprawnej grze pozycyjnej i - co bardzo ważne - dobrym strzale. - pisał reporter "Trybuny". Premiera zakończyła się golem strzelonym z 20 metrów w samo okienko bramki Lechii Gdańsk.
- No rzeczywiście. Miałem smykałkę do takich strzałów. - przyznaje sam Banaś. Wkrótce piękne trafienia stały się jego znakiem firmowym. Wolej z trzydziestu metrów w okienko z ŁKS Łódź, przyjęcie na klatkę i strzał z półobrotu zza pola karnego z Odrą Opole, rajd przez połowę boiska z Unią Racibórz. To tylko wierzchołek tych najbardziej urokliwych goli.
Sława świetnego technika szybko stała się jego biletem do reprezentacji. - Zadebiutowałem w biało-czerwonych barwach już w 1964 roku w starciu z Czechosłowacją. Dwa tygodnie później po raz pierwszy zdobyłem bramkę.
Dzięki występom w kadrze na znajomo brzmiące nazwisko w jednej z gazet trafił skarbnik drugoligowego niemieckiego klubu SpVGG Hof, Paul Helmig. Iluż mogło być wtedy w Polsce "Heinzów Banasiów"? Wysłał więc list do swego syna. - Wcześniej się nie odzywał 23 lata. Nigdy nawet nie dostałem od niego czekolady. Myślałem, że już nie żyje... - wspomina przesyłkę otrzymaną wiosną 1966 roku, sam Banaś.
Kilka skreślonych słów otwierało przed młodym piłkarzem perspektywy, niedostępne w Polsce. Bayern Monachium, Borussia Dortmund, Werder Bremen, 1. FC Koeln. Te nazwy robiły wrażenie. - Dzieła dopełniło, to czego naoglądałem się na zachodzie. Kolorowe ubrania, pełne sklepowe półki, zabawa. Kilka tygodni po otrzymaniu listu byłem z reprezentacją w Brazylii. Wtedy podjąłem decyzję, że skorzystam z propozycji ojca i przyjadę do niego do Niemiec. Bundesliga mnie skusiła. - opisuje kulisy wyjazdu za zachodnią granicę sam bohater.
Na ucieczkę zdecydował się podczas wyjazdu Polonii do szwedzkiego Norrkoping na mecz Pucharu Intertoto. Banaś wraz z dwójką kolegów uciekł jeszcze przed spotkaniem i znalazł się w Niemczech. W Bundeslidze jednak nigdy nie zagrał. - Zarząd klubu stwierdza, że niegodny postępek trzech byłych zawodników KS Polonia spotkał się ze stanowczym jednomyślnym potępieniem ze strony wszystkich zawodników i członków klubu, a także szerokich rzesz jego sympatyków. Równocześnie zarząd klubu wystąpił poprzez PZPN do FIFA o dyskwalifikację w/w piłkarzy - głosił komunikat Polonii. FIFA nie miała wyjścia i na Banasia nałożona została dwuletnia karencja.
TRZY POLSKIE FINAŁY
Banaś w Niemczech mógł tylko trenować z FC Koeln. Na półmetku dyskwalifikacji postanowił wrócić do kraju. Wcześniej jednak musiał wybadać sytuację. Na szczęście władze wysłały zgodę. - "Banaś znów zadziwia techniką" - napisał "Sport katowicki" po jego pierwszym występie. Historia zatoczyła koło. Jego ostatnim meczem przed wyjazdem były derby Bytomia przeciwko Szombierkom. Od meczu z tym rywalem zaczął pisać swą historię od nowa i spłacać kredyt zaufania. Pierwszą ratę stanowiło trafienie w premierowym pojedynku po powrocie. Ale to nie gwarancja trafień stanowiła klauzulę powrotu. Warunki były dwa. Po pierwsze zmiana imiena "Heinz" na "Jan". Po drugie... zakaz wyjazdu do Niemiec. - To było głupie. Jeździłem z klubami i reprezentacją po całym świecie, ale nie mogłem jechać do RFN - opisuje Banaś. Pechowo właśnie w tym kraju odbywały się Igrzyska Olimpijskie 1972 i Mistrzostwa Świata 1974. W ten sposób piłkarzowi uciekły dwa medale, choć tuż przed tymi turniejami w lidze brylował formą.
Na osłodę pozostało mu uczestnictwo w zakończonych powodzeniem eliminacjach oraz gol strzelony Anglikom, w słynnym meczu oglądanym przez sto tysięcy kibiców na Stadionie Śląskim, chociaż i tu - jak w prawie każdym fragmencie życia Banasia - nie ma pełnej zgodności. Niektórzy to trafienie przypisują wykonawcy rzutu wolnego - Robertowi Gadosze, inni jako samobója Anglików. - To moja bramka - przecina wątpliwości Banaś. - Zwróćcie uwagę na lot tej piłki. Musiałem jej dotknąć, żeby nabrała takiej wysokości. Nie ma mowy o koźle albo samobóju Anglika.
Brak sukcesów reprezentacyjnych powetował sobie też na niwie klubowej. Z Górnikiem Zabrze dwa razy sięgał po mistrzostwo Polski i trzy puchary Polski. Był też jednym z bohaterów słynnej batalii Zabrzan w Pucharze Zdobywców Pucharów w sezonie 1969/70. Drużyna doszła wtedy do finału walki o to trofeum. W poprzednich rundach strzelił dwa gole Olympiakosowi Pireus, zaliczył decydujące trafienie w ćwierćfinale z Lewskim Sofia, a także zdobył bramkę w Rzymie w słynnym półfinałowym tryptyku z AS Roma. - To była wspaniała drużyna – wspomina - Kilku chłopaków z tej ekipy pojawiło się podczas prapremiery filmu. Nie zabrakło też współczesnej drużyny Górnika.
Właśnie z tym klubem i finałem PZP Banaś jest kojarzony najmocniej. Ale już jako piłkarz Polonii Bytom notował spore sukcesy na arenie kontynentalnej. Razem ze swą pierwszą drużyną Ekstraklasy zdobył pięć lat wcześniej Puchar Rappana. Do dziś jest to jedyne trofeum polskiej drużyny, wywalczone w europejskich całosezonowych rozgrywkach klubowych.
Banaś brał udział w zwycięskich potyczkach grupowych m.in. z RC Lens (4:0), czy Schalke 04 (6:0), w którym strzelił dwa gole, a prasa nawoływała drużynę z Gelsenkirchen do zmiany nazwy na "Schalke 06", ćwierćfinale z SC Karl-Marx Stadt z NRD, półfinale z RFC Liege, a także finałowym dwumeczu z Lokomotiwem Lipsk. Po pierwszym spotkaniu bytomianie przegrywali 0:3. W rewanżu u siebie zaczęli od straty bramki. Nie poddali się jednak. Banaś strzelił gola na 4:1 wyrównującego stan rywalizacji finałowej, a przy ostatecznym trafieniu zaliczył asystę. Chwilę później wraz z kolegami mógł podnieść z kolegami okazałą figurę z brązu, przedstawiającą bramkarza. Na tabliczce zdobiącej cokół znajdowały się nazwy triumfatorów tego trofeum - Ajaksu Amsterdam, Slovnaftu Bratysława oraz świeżo wygrawerowana "Polonia Bytom - 1965"
- Gdy sędzia szwajcarski Heymann odgwizdał koniec spotkania, kibice wpadli na boisko i na ramionach znieśli zwycięskich piłkarzy, co odbyło się przy gromkim "Sto lat" śpiewanym przez publiczność. Do ceremonii oficjalnego wręczenia pucharu kapitanowi Polonii, Janowi Liberdzie przez przedstawiciela UEFA p. Lo Brunta doszło dopiero po pewnej przerwie, niezbędnej dla zrobienia na boisku pewnego porządku. A potem długo jeszcze czekali kibice i wiwatowali na cześć Polonii, aż doczekali się wyjścia umytych już i ubranych zawodników. Wielki dzień bytomskich piłkarzy i kibiców! (...) Na pochwałę najbardziej zasłużyli Liberda, Banaś, Orzechowski i Szymkowiak - relacjonował Zbigniew Dutkowski na łamach "Trybuny". Aż do batalii Górnika w PZP i Legii w PEMK był to największy sukces polskiego futbolu klubowego. Rok wcześniej Polonia również uczestniczyła w Pucharze Rappana, ale starcie finałowe zakończyło się porażką. W ten sposób Jan Banaś po batalii w PZP z Górnikiem Zabrze stał się jedynym piłkarzem w historii, który uczestniczył w trzech finałach europejskich pucharów w barwach klubów z Ekstraklasy!
Do tego doszły też triumfy w bardzo prestiżowych rozgrywkach organizowanych w USA, gdzie Polonia Bytom mierzyła się między innymi ze zdobywcą Pucharu Miast Targowych - Ferencvarosem Budapeszt, mistrzem Szkocji Kilmanrock, czy czołową ekipą z Anglii - West Bromwich Albion. Zespół z Banasiem w składzie najpierw wygrał rozgrywki Interligi, a następnie w dwumeczu finałowym o Puchar Ameryki pokonała Duklę Praga. Banaś strzelał gola w finałach obu tych rozgrywek. W drugim z tych przypadków trafienie zaliczył po pięknej dobitce rzutu wolnego z dwudziestu metrów. - To najlepsza drużyna, jaką kiedykolwiek oglądałem w USA - stwierdził reporter NBC, Dave Murray. Trofea wywalczone za Wielką Wodą w doborowej stawce cieszyły się sporym prestiżem na Starym Kontynencie. - Jak wróciliśmy do Polski, to chyba cały Bytom wyszedł nas witać. To były ogromne tłumy. Ten puchar sporo wtedy znaczył - mówi Banaś.
KOLOROWY CELEBRYTA
Jednak nie tylko wspaniałe gole, sztuczki techniczne, czy pokaźna półka z trofeami były źródłem jego popularności. Barwne było także jego życie prywatne. Otaczała go sława zawołanego playboy'a. Eleganckie ubrania kupował właściwie podczas każdego wyjazdu zagranicznego. Do tego dochodził styl wzorowany na George'u Beście, modna fryzura, dusza podrywacza zapewniały mu stałe towarzystwo płci pięknej. Najbardziej wyróżniał go jednak na szarych ulicach Śląska... czerwony ford mustang. - W całej Polsce poza moim były może trzy albo cztery takie - mówi dziś nie bez dumy. - Każdy handlował towarem podczas wyjazdów zagranicznych. Piłkarze, dziennikarze... wszyscy. Ja byłem w tym jednym z najlepszych. Dlatego miałem pieniądze na luksusowe zachcianki. - tłumaczy.
Pełne barw, sukcesów, radości, a z drugiej strony nie wolne od porażek i pełnych dramatu zakrętów życie posłużyło Janie Kidawie Błońskiemu za inspirację do nakręcenia filmu "Gwiazdy". - To nie jest film biograficzny. Starałem się w miarę wiernie oddać wydarzenia piłkarskie, ale życie prywatne bohatera to niemal w całości fikcja - przyznaje sam reżyser. Rolę samego piłkarza zagrał Mateusz Kościukiewicz. - Rozmawiałem z nim kilkakrotnie. Urzekło mnie to, jak porusza się po boisku. - stwierdza Jan Banaś.
Sam po boisku poruszał się zawodowo, a potem półzawodowo do 47. roku życia! Po Górniku Zabrze bronił jeszcze barw klubów amerykańskich, belgijskich, francuskich,. meksykańskich. Potem dorabiał prowadząc biznes i szkoląc młodych piłkarzy ze Śląska.
***
Po latach ciszy znów stanął w świetle jupiterów. Na prapremierze filmu "Gwiazdy", która odbyła się 20 kwietnia w zabrzańskim multikinie. Stawili się na niej selekcjoner reprezentacji Polski - Adam Nawałka, wielu znakomitych piłkarzy dawnego Górnika na czele ze Stanisławem Oślizłą, Władysławem Szaryńskim, Henrykiem Latochą, czy Janem Gomolą. Kolega z Polonii Bytom - Zygmunt Anczok, dawny druh ze Zrywu Chorzów, później trener medalistów MŚ - Antoni Piechniczek, sławna prezenterka, córka kierownika Górnika Zabrze z czasów gry Banasia, Henryka Loski - Grażyna Torbicka, aktorzy, reżyserzy, przedstawiciele świata polityki. Bohater był jednak jeden. Jak wtedy, gdy pięknymi trafieniami wprawiał w zachwyt stadiony w całej Polsce, znów oklaskiwano go długo...
Wojciech Bajak
fot. 400mm.pl